16 grudnia 2011

Niespodziankowa wymianka z Lusi i mandarynkowe lampiony

Jakże miłe są prezenty... zgadzacie się za mną, prawda? :-)
Szczególnie w okresie przedświątecznym lubimy sobie sprawiać niespodzianki :-)

Muszę przyznać, że ja uwielbiam sprawiać prezenty... gdybym tak miała więcej czasu...została bym pomocnikiem Mikołaja:-)))


Wymianki są szczególnie miłe
i już kilka razy przekonałam się jakie to uczucie wykonać coś dla miłej osóbki, pakować i czekać na sygnał, że przesyłka doszła... czekać na wrażenia..:-)

Przyznam, że otrzymywać też lubię- a jakże!

Wiele z nas ma ogromny potencjał i talenty...dla wielu z nas rękodzielnicze wyroby stały się przepisem na życie... dla mnie to hobby, odskocznia od codziennych spraw i obowiązków:-)

No to sobie pogadałam a teraz pokażę Wam co posłałam do naszej drogiej koleżanki z Diamentowego Koszyka...

zmontowałam domek:


jest nieco podobny do tego jaki poleciał do McDulki w Oviedo:-)

serducho z motywem czajniczka z Graphics Fairy...


woreczek na pachnące potpouri- lubię je szyć...


zapakowane pojechały do Lusi jako prezenciki do nowego domku :-)


A jakie wspaniałości przygotowała dla mnie Lusi...


ach herbaciarka marzyła mi się... Lusi po stokroć dzięki!!!
Piękne decou, postarzenia- cudna...
już herbatki się w niej rozgościły... a Rose Violet Liptona- świetny!!!



uroczy konik na biegunach...



i gwiazdeczka koronkowa na choinkę

oraz

stylowe kryształki Svarowskiego w kolczykach i zawieszce...same CUDA!!!


Ogromnie się cieszę i baardzo dziękuję!


I jeszcze wrzucam dziś mandarynkowe lampioniki, które podeślę na akcję kolażową z nimi w roli głównej:


Też je zróbcie i podeślijcie na akcję- termin do dziś!

Pozdrawiam ciepło!!!


p.s.1
ponoć Święta mają być białe... cieszymy się!

p.s.2 ogromnie dziękuję za komentarze!! fajnie, że zaglądacie!!!

p.s.3 witam nowych obserwujących i nadmieniam przy tej okazji, że liczba jest już 3 cyfrowa...

100- ym obserwatorem jest Córka - mama małej Emilki- rówieśniczki mojego Najmłodszego!!

Na pewno już znacie Jej blog. Córko- spodziewaj się z tej okazji niespodzianki...

p.s.4
zakończyła się u mnie akcja "Pokaż co masz na głowie..."- jutro zamieszczę fotorelację i zrobimy głosowanie:-)


Buźka!

14 grudnia 2011

Ja pierniczę... kiszone choinki...pierniczony post!

Opierniczam się ostatnio na potęgę...

Na dodatek nocny Marek ze mnie i przepierniczam pół nocki...

Czas okołoświąteczny a ja spierniczyłam już tyle pierniczkowego ciasta dojrzewającego... Powstało troszkę lukrowanych słodkości, które nie wiem czy doczekają Świąt jeśli moje pociechy nadal będą wpierniczać same pierniczki zamiast śniadania i podwieczorku a nawet obiadu i kolacji...

Na początek kiszone choinki czyli pierniczki w słoiku:


Pieczone po nocach, lukrowane po nocach... wpierniczane za dnia :-)

Pierniczony lukier nie chciał mi krzepnąć...na szczęście po nocce i kolejnym dniu każdy lukier w końcu krzepnie... Zapierniczyłam dodając zbyt mało cukru pudru jak mniemam...

Lukier ubijam na parze z jednego białka i pół szklanki cukru pudru- a że sypałam "na oko"... nieco się spierniczył...

Gwiazdki oczekujące...


Gwiazdkowe stosiki opierniczyłam lukrem


Chatkę pierniczkową w 3D już mam, a poniżej wersja płaska domków i kamieniczek:


A tu kamieniczka wielorodzinna nazwana Wawelem stała się zawieszką:


Tyle pierniczenia w tym temacie! :-)

Poniżej przedstawiam jak to moje pociechy (nie napiszę, że pierniczone ;-)) dobierają się do wspaniałej niespodzianki jaką to dziś przyniósł mi listonosz... jutro więcej szczegółów...:-)


Opierniczyłam je, że paczka do mnie a nie do nich...pierniki małe!


Ja pierniczę co za pierniczony post!!

Jak widać PIERNICZKI mają bogaty wkład w naszą piękną polszczyznę:-)


Spierniczam bo późno!


Pa!

11 grudnia 2011

Z piernika chata i kokosowe Bounty

Ach słodka chatka...marzy mi się taka...
maleńka, przytulna i własna...

No i mam upiekłam sobie domek z piernika...


Zawiało ją nieco lukrem... drzwi nie ma, okienka otwarte, wiatr hula...


Jakżebym chciała być Alicją z Krainy Czarów...zmniejszyć się i zostawić lukrowe ślady małych bucików i zniknąć w chatce...


moje pociechy musiały swoimi ciekawymi łapkami wydotykać słodki śnieg i napis na chatce...


Na słodko jest też domowe Bounty... kokosowe, delikatne...

Wypróbowłam ten przepis.


Bounty

ciasto:
- 5 jajek
- 3/4 szklanki mąki tortowej
- 1/2 szklanki cukru pudru
- 2 łyżki kakao
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia

krem:
- 3 szklanki mleka
- 1 budyń śmietankowy
- 1/2 szklanki cukru
- 30 dag wiórków kokosowych
- 1 cukier wanilinowy
- 1 kostka masła

- polewa czekoladowa

Przygotować ciasto: białka ubić na sztywno ze szczyptą soli, nadal ubijając stopniowo wsypywać cukier, a potem dodawać po jednym żółtka. Na koniec wsypać porcjami mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i kakao. Delikatnie wymieszać wszystko drewnianą łyżką.
Wylać ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia i piec w 180C przez około 30 minut.

Przygotować krem: 2 i 1/2 szklanki mleka zagotować z cukrem i cukrem wanilinowym. Wsypać wiórki kokosowe i gotować mieszając na małym ogniu jeszcze przez około 20 minut. Dodać masło i mieszać aż się rozpuści. Budyń rozprowadzić w pozostałym mleku i dodać do masy kokosowej. Mieszając zagotować i odstawić do ostygnięcia.

Na ostudzone ciasto wyłożyć masę kokosową, polać polewą czekoladową. Wstawić do lodówki.

Polewę czekoladową
robię dodając do tradycyjneji polewy (kostka masła, pół szklanki cukru, 2 łyżki cacao-rozpuścić i zagotować) rozpuszczoną w małej ilości wrzątku 1 łyżeczkę żelatyny (nie gotować). Polewa zawsze stężeje i jest pyszna.





I zimę troszkę dziś czarowaliśmy...
U sufitu nam wiszą i powiewają... ŚNIEŻYNKI :-)


Zabawa w wycinanki z delikatnych serwetek papierowych...

Poćwiczyć można wirtualnie tutaj.


Zima nam się marzy...


Pozdrawiam Was cieplutko!!

9 grudnia 2011

Kociany golfik na zimę...

Może uda mi się zaczarować zimę...by była biała, puszysta z lekko szczypiącym w uszy i nosy mrozem...

Tymczasem jest mokro, wilgotno i wieje...

Święta za pasem a tu śniegu ni hu hu...

Zrecyklingowałam
ostatnio kilka niepotrzebnych szmatek m.in. czerwony golf...
Swetrowy "tułów" poszedł na czapkę i buty skrzata Pixie i pozostał tytułowy golf...

Wycięłam go półokrągło, obszyłam maszynowo a następnie podziergałam ręcznie:-)
Ożywiłam kremową aplikacją i jest jak znalazł na mrozydla mojej kociolubnej córuni...


Tak się prezentuje na Pixie'm


troszkę wygląda na obszarpany ale ogólnie chyba nie najgorszy efekt...w rzeczywistości jest milutki... normalnie można by w tym golfie spać...:-))



a z tyłu kotek zawija ogonek:-)


no i mruczy rzecz jasna... mrr....


Także golfik już mamy i na zimę czekamy :-)


Dziękuję Dziewczyny za wszystkie komentarze i miłe słowa!!

Kiedy znajduję czas na dzierganki i wyszywanki?...eee, no nie wiem... chyba trochę jednak umiem czarować...:-) mam maszynę do rozciągania minutek w godziny...:-)))


Pozdrawiam!!! pa


7 grudnia 2011

Chleb razowy dla zapracowanych oraz dzwoneczki, tasiemeczki i Rudolfy

Dość imbiru!:-)

Mam już zapas kandyzowanego i naleweczka się przegryza...

Dzisiaj przepis na chlebek razowy dla zapracowanych. To modyfikacja przepisu Liski.
Ja użyłam mąk razowych: pszennej razowej i żytniej 2000.

Chlebek na drożdżach, pieczony w keksówce, nie zważyłam go po upieczeniu ale bochenek ok. 700g.

Ciasto wyrabiamy wieczorem
a pieczemy rano- już bez dodawania żadnych składników.

Przepis na razowy chleb "dla zapracowanych"- inspiracja- Liska

100 g mąki żytniej (użyłam typ 2000 czyli razowej)
300 g mąki pszennej razowej
1,5 łyżeczki soli
20 g świeżych drożdży
250 ml wody


Wszystkie składniki wymieszać w misce. Przykryć i zostawić na 12-18 godzin.
Keksówkę o długości 26-30 cm wysmarować olejem, wysypać makiem. Przełożyć ciasto, wierzch posypać kminkiem, odstawić do wyrastania (ciasto powinno wypełnić formę do pieczenia w czasie 30-60 minut).
Piekarnik rozgrzać do 230 st C.
Na dno wsypać 1 szklankę kostek lodu.
Wstawić wyrośnięty chleb.
Po 10 minutach, zmniejszyć temp. do 210 st C i dopiekać kolejne 30-40 minut.




Wyszedł pachnący, mięsisty...domowy!

A teraz na słodko... Jak zobaczyłam u Dorotki ciasteczka Rudolfy to musiałam je z dziećmi zrobić!!

Nie są tak piękne...niestety ale radości było wiele- szczególnie z m'n'm sowych nosków!!


A pluszowy Rudolf prezentuje dzwoneczek:



Takie cudne dzwoneczki skandynawskie dostałam od prawdziwej Mikołajki- Mimi z galerii Camomille!!

Drobne zakupy w postaci sznurka jutowego o 1000 i jeden zastosowaniach i cudnych rustykalnych tasiemek i w prezencie dwa dzwoneczki...ech przypominają mi uroczy film Express Polarny :-)) Bardzo miła niespodzianka...tym bardziej, że załapałam się wtedy w ostatniej minucie na darmową wysyłkę :-)



Zanim ja te tasiemki wykorzystam...to się będę dłuugo zastanawiać...są takie śliczne...



Święta już czujemy nosem Rudolfa... skarpetki w adwentowym kalendarzu co dzień odwracamy w drugą stronę i coraz mniej ich ... ciasto na pierniczki dojrzewa sobie w chłodzie... plasterki pomarańczy trzeba zacząć podsuszać no i koniecznie zrobić zapas goździków bo pomarańcze czekają...

Bardzo dziękuję za Wasze odwiedziny, miło jest dostawać tak wiele ciepłych słów- cieszę się, że spodobał się nasz skrzat :-)

Pozdrawiam ciepło!

ponoć ma spaść śnieg, klawo jak jasna...:-)

5 grudnia 2011

Nasz domowy skrzat Pixi

Jak Go zobaczyłam to się zakochałam... Skrzat, elf, krasnal, Pixie...

Zamarzyłam byśmy mieli takiego w domku...głównie dla pociech...dzieciaki lubią mieć takie dużeee stwory...

No i mamy Skrzata- domowego dobrego duszka, z uśmiechniętą buzią i pogodnym spojrzeniem...

Oto On:


Dzieciaki Go polubiły ogromnie i już chcą drugiego:-))

Co prawda miał mieć w założeniach ok. metra wzrostu...a jak się rozpędziłam z krojeniem to uszył się taki, że z czapą ma dobre 180 cm... :-)) Jest kochany!!

Nasz Pixi (nazwa za Jerzy_nką i chyba taka nazwa funkcjonuje z uwagi na duże skrzacie czapy) powstał z recyklingu czterech szmatek: starego czerwonego swetra golfa, bluzeczki świątecznej mojej córci, mojej starej bluzki i za małej lnianej sukienki... nowe życie tchnęłam w materię nieużyteczną...

Tak wyglądał pocięty i gotowy pod igłę:



A tak się uśmiecha:


Zasiadł w pokoju u dzieci:


polubił okrągłą podusię, którą uszyłam już jakiś czas temu z poszewki wyszperanej w sh (podobał mi się bardzo kwiatowy wzór).


Jako 6-ty członek rodziny zasiadł także przy stole i poczęstował się moim imieninowym ciastem:-)


A teraz już smacznie śpi z córcią a nogi wystają mu spod kołdry...

Szyjąc Pixiego wspierałam się nieco tym tutorialem... zmieniłam jednak buciki na takie bardziej elfie z zadartymi noskami.


Z pociętego swetra odcięłam golf- zrecyklinguję go na "szyjogrzej" dla córci...


Podoba się Wam skrzacik? Może jeszcze nadamy mu domowe imię- pomyślimy...może Miki..?

Jutro wszak Mikołajki- duużo prezentów i pogodnych buź Wam życzę!!


Pozdrawiam


3 grudnia 2011

Powtórka z rozrywki czyli imbirowe skarby i nalewka

Jestem bardzo zaskoczona...oczywiście mile...:-)
Najczęściej czytany post w malachitowej łące to Kandyzowany imbir i syrop imbirowy...

No to dzisiaj Wam dołożę;-)

Otóż zakupiłam dwa piękne kłącza imbirowe ok. 300 g i chyba po weekendzie polecę po cały kilogram imbiru...

Otóż postanowiłam uzupełnić barki w imbirze kandyzowanym...wyszło mi ok. 300 ml syropu tj 2 flaszeczki po 100 ml i niecałe 100 ml... co tu zrobić...?
Ano miałam resztkę spirytusu w jednej flaszeczce no to zrobiłam mixturę...takie brzydko mówiąc "popłuczyny" alkoholowe ze słodkim syropem imbirowym...

No i powstał SKARB IMBIROWY- NALEWECZKA!!!

Jeśli już macie w zasobach syrop to zróbcie koniecznie taką mixturę... a nie pożałujecie:-) PO prostu syrop imbirowy wg tego przepisu i odpowiednia dla Waszych podniebień ilość spirytusu lub wódki.
Już jest pyszne a jak się przegryzie...lubię babskie słodkie alkohole:-)

Nie są to "Krokodyle łzy", których nigdy nie piłam, a robi się je zasypując świeże kłącze imbiru, limonki, cytryny cukrem i zalewając spirytusem...(może też zrobię).

W każdym razie moja "Imbiróweczka" jest przepysznie słodka i lekko szczypiąca...

Tym razem też syrop zrobiłam z białym cukrem dlatego jest jaśniejszy od poprzedniego (z Demerarą) i kandyzowałam także w jasnym cukrze. Kandyzowanego muszę zdecydowanie zrobić więcej- będzie idealny do świątecznych i zimowych wypieków...


Imbirowe skarby będą świątecznymi upominkami. Lubię przygotowywać takie dobroci dla bliskich...



A dla Was mam etykietki, może się przydadzą...




jeszcze etykietki na kandyzowany imbir:



grafiki pochodzą z graphicsfairy

To tyle opowieści z imbirowej przetwórni... :-)

Wieczór, sobota...a ja pędzę szukać materii na Pixiego...ogromnie mi się spodobał i bardzo chcę go mieć...moja Córcia powinna być nim zachwycona jeśli uszyję mu jeszcze kota...:-)


Miłego weekendu, pa!


1 grudnia 2011

Adwentowe skarpetki 2011

Kalendarz adwentowy głównie dzieciom sprawia radość i frajdę...

Funkcję swoją spełnia w odliczaniu dni do narodzin Chrystusa.

Udziergałam skarpetki, wszystkie niemalże jednakowe... zawiesiłam w kuchennym oknie na tasiemce za pomocą spinaczy biurowych...


Nie mogę od razu wypełnić wszystkich skarpetek karteczkami i słodyczami bo przede wszystkim dzieci na pewno wymyśliłyby sposób na przedwczesne opróżnienie skarpet...


Co dzień rano będę wypełniać kolejną skarpetkę...


I tak minie nam 24 dni do Wigilii...

A przy okazji zasiadania do maszyny w 5 minut wyczarowałam sobie namiastkę ozdobnych choineczek...zawieszę je pomiędzy skarpetkami kalendarza...



Powoli robi się świątecznie...


Kalendarz zgłaszam do Art Piaskownicy...

Pozdrawiam cieplutko